> Strona główna / Artykuły / Dookoła Morza Czarnego
2014-03-24 14:08:13
Dookoła Morza Czarnego
Morze Czarne z każdej strony wygląda inaczej. W jego wodach odbijają się minarety meczetów i kopuły prawosławnych cerkwi. Znad południowych brzegów wyrastają porośnięte “dżunglą” Góry Kaczkar, a znad północnych pokryte suchymi stepami Góry Krymskie. Słuchając jego falowania, Turcy sączą z małych szklanek mocną i słodką herbatę, a Gruzini piją swe znakomite wino. Morze Czarne skupia wokół siebie mnóstwo różnorodności, odmienne są krajobrazy przylegających do niego lądów, odmienne są także kultury ludzi mieszkających nad jego brzegami. Wyjeżdżając na nasze autostopowe wczasy, zamierzaliśmy poznać mieszkańców wszystkich fragmentów czarnomorskiego wybrzeża i zobaczyć miejsca, w których żyją.

Przez Słowację i Węgry dotarliśmy do Rumunii, nad morze, a dalej przemieszczaliśmy się odwrotnie do ruchu wskazówek zegara, odwiedzając Bułgarię, Turcję, Gruzję, Rosję i kończąc ten wyjazd na Krymie. Trudno przedstawić szczegółową relację z trwającej miesiąc podróży, trudno też drobiazgowo opisać jeden region, bo przez wszystkie przejeżdżaliśmy tylko tranzytem. Za to cały czas spotykaliśmy ludzi, rozmawialiśmy lub próbowaliśmy rozmawiać, staraliśmy się poznać i wzajemnie dowiedzieć jak najwięcej o sobie. Dlatego napiszemy o kilku takich spotkaniach, kilku zapamiętanych zdarzeniach, które sporo mówią o tym, jak jest nad Morzem Czarnym – z każdej jego strony.
 
 
I.
W Rumunii do Buzau dojechaliśmy złapaną na stopa białą dacią kombi z trzema młodymi facetami na pokładzie. Wysadzili nas na jakiejś ulicy, gdzie w okolicy mieli jakiś interes do załatwienia, a my ruszyliśmy dalej pieszo w stronę wylotówki na Brailę. Ulica, którą szliśmy, służyła za targowisko. W każdym domu był jakiś sklep, sklepik lub chociaż stragan. Jeden z owocami, drugi tylko z cementem, kolejny z częściami do aut, z samymi arbuzami itd. Potem w centrum mijaliśmy nowiuteńką stację OMV. Niedawno zrobiony podjazd, elegancki sklep i knajpa, porządna myjnia, przed stacją krzesła i stoliki. Byliśmy zmęczeni i głodni, więc zrobiliśmy sobie przerwę, żeby zjeść coś z plecaków. Podszedł ubrany w mundurek pan z obsługi, który był trochę zdziwiony obecnością ludzi z plecakami na stacji, i grzecznie spytał po angielsku, jak może nam pomóc. Nie chcieliśmy nic kupować na cepeenie, więc podziękowaliśmy. Wyjęliśmy chleb, słoik z dżemem, wodę i zaczęliśmy sobie  przygotowywać jedzenie. Po chwili pan to zauważył i znowu do nas podszedł. - Jednak mogę wam pomóc – stwierdził i dał nam czyste talerze, sztućce, serwetki i przyprawy. Żeby nam było wygodnie i przyjemnie.
 
Tak właśnie wyglądało połączenie czystego, eleganckiego, profesjonalnego europejskiego cepeenu z prostą rumuńską gościnnością.
 
 
 
II.
W półtora dnia zwiedziliśmy “cały Stambuł”, jakim w rozumieniu wielu jest półwysep położony między wodami Morza Marmara, Bosforu i zatoki Złoty Róg, stanowiący historyczne centrum miasta i skupiający większość atrakcji turystycznych. Zwiedziliśmy Błękitny Meczet, widzieliśmy Hagię Sophię, byliśmy w Pałacu Topkapi, na Wielkim Bazarze i sporo czasu po prostu chodziliśmy uliczkami najstarszej części Stambułu. Podobało nam się, wiedzieliśmy, że trzeba tu będzie jeszcze wrócić, bo teraz – pora nad Morze Czarne.
Promem-tramwajem przebyliśmy Bosfor i przed odjazdem naszego autobusu  z dworca Harem postanowiliśmy pospacerować po zbudowanej na stromym zboczu dzielnicy. Wąskie, zacienione uliczki, przy nich zwyczajne, kilkupiętrowe budynki mieszkalne, i bardzo stare drewniane, i zbudowane całkiem niedawno, co jakiś czas meczety. Sporo niemal pionowych przejść, dziwnych zakrętów, wąskich schodów prowadzących do jakiś zaułków, łatwo było stracić orientację. Mijaliśmy “osiedlowe” warzywniaki, kobiety siedzące w oknach, grające w piłkę dzieci.
 
W pewnym momencie rozbrzmiał śpiew muezinów. Donośny, potężny, metaliczny głos, dobiegał z góry, odbijał się od ścian domów, echem przechodził na kolejne uliczki, otaczał nas ze wszystkich stron. Melodie z kilku minaretów nachodziły na siebie, przenikały się. Trwało to kilka minut, a my szliśmy powoli, zaskoczeni tym nagłym wybuchem oszałamiającego śpiewu. 
 
Dopiero wtedy poczuliśmy, że jesteśmy w Stambule, w Turcji. Meczety, zabytki architektura, bazar, naciągacze – to wszystko potrzebowało takiego uzupełnienia. Inaczej wydawałoby się nam zbyt zwyczajne, europejskie, niewystarczająco egzotyczne...
 
 
 
III.
Jedną noc w Turcji spędziliśmy pod namiotem na plaży, gdzieś niedaleko Alapli i Zonguldaku. Wybrzeże tam jest niskie, a równolegle do plaży biegnie droga, którą od morskiego brzegu oddziela kilkumetrowej szerokości pas parkingu. Dobre miejsce, żeby zatrzymać się w drodze albo żeby przyjechać tu z miasta na piknik, grilla itp. Rano zwinęliśmy się z plaży i poszliśmy na herbatę do faceta, który miał w tym miejscu drewniany wózek-herbaciarnię i wózek-opiekacz kukurydzy. Często można takie zobaczyć w Turcji w centrach miast, koło bazarów. Tutaj służyło to za przydrożny punkt gastronomiczny. Nie udało nam się po prostu wypić herbaty i pójść. Pan zaprosił nas na  śniadanie.

Siedzieliśmy na malutkich stołeczkach przy rozkładanym turystycznym stole z jego żoną,  10-letnim synem i ubranym w garnitur kolegą – sprzedawcą Herbalife, który nie bardzo pasował do tamtejszej rzeczywistości. Szumiało morze, mijały nas ciężarówki, a my jedliśmy świeży chleb i rogale, do tego solony biały ser, pomidory, ogórki i ostrą zieloną paprykę, piliśmy kolejne herbaty, uśmiechając się do siebie i próbując rozmawiać. Pan z zawodu był nauczycielem, pracował w szkole w Alapli. W czasie wakacji wyjeżdżał z żoną i synem za miasto i otwierał ten przydrożny bar pod gołym niebem. Widać było, że parzenie herbaty i częstowanie nią sprawiało mu przyjemność...
 
 
 
IV.
W Górach Kaczkar, gdzieś między Ispirem a Yusufeli, staliśmy przy wąskiej drodze i czuliśmy, że jesteśmy na końcu świata. Droga, wraz z rozpędzoną rzeką biegła dnem kilkusetmetrowej głębokości kanionu, który w Europie stałby się atrakcją przyciągającą tłumy turystów. Byłyby ścieżki dydaktyczne, wycieczki z przewodnikiem i budki z pamiątkami. W tej części Turcji to była chyba zwyczajna droga pośród gór. Ruch był znikomy, na kolejne podwożące nas auta trzeba było trochę czekać, ale stopniowo przemieszczaliśmy się coraz dalej. Pod koniec dnia zabrał nas kierowca małej różowej ciężarówki. Po kilku chwilach skręcił z głównej drogi, na boczną, wiodącą do jakiejś wsi. Po turecku i na migi tłumaczył, że pojedziemy tam, coś załatwimy i wrócimy na naszą drogę. Nie bardzo go rozumiejąc, przytaknęliśmy i zgodziliśmy się na to. Dojechaliśmy do wioski, pan stanął przed swoim domem, wyładował z paki butle gazowe, kazał nam wejść po schodach na balkon swojego domu, pokazał nam jakiś pokój i wyjaśnił, że tu będziemy spać. W dalszą drogę pojedziemy rano, a teraz pan daje nam nocleg.
 
Byliśmy zaskoczeni, oszołomieni, nie bardzo rozumieliśmy, co i dlaczego się dzieje. Wylądowaliśmy w wiosce, położonej gdzieś po środku Gór Kaczkar. Drewniane domy, wąskie uliczki, meczet, dużo zieleni. Za górami zachodziło słońce, z minaretu słychać było niewyraźny śpiew muezina, robiło się coraz bardziej niesamowicie. To, że trzeba nas podwieźć, a potem przygarnąć, nakarmić i przenocować, było dla naszego kierowcy całkowicie oczywiste, nie miał wątpliwości, że tylko tak może postąpić.
Wszystko to tworzyło jakąś doskonałą całość: zapadający zmrok, wielkie, ciemne góry, śpiew muezina, nasz jasny pokój, gościnność naszego kierowcy. Ona była częścią tego miejsca i tego krajobrazu.
 
 
 
V.
W Poti spędziliśmy prawie cały dzień z kierowcą wywrotki. Łapaliśmy stopa w środku miasta i kiedy nas zabrał, sądziliśmy, że wywiezie nas za miasto na wylotówkę i się pożegnamy. Ale spędziliśmy z nim prawie cały dzień. Pojechaliśmy na załadunek, potem jechaliśmy przez miasto, wyładunek. Mówiliśmy, że mamy czas, więc zaprosił nas na chaczapuri (gorący placek ze słonym serem) i piwo. Zaraz, zaraz, już jedziemy, tylko się załadujemy – mówił. Potem mówił: Zaraz, zaraz, pojedziemy się rozładować i już jedziemy na jedzenie. Tak zeszło kilka godzin. Chciał się nami zająć, ugościć nas, ale chyba sam nie bardzo wiedział, jak.
 
Gocza miał ze czterdzieści, wyglądem szczególnie nie wyróżniał się z otoczenia. Przez kilka ostatnich lat udało mu się zbudować dom i z tego był bardzo dumny. Teraz mieszka tam z żoną i trzema córkami. Zawsze pracował jako kierowca, nawet kiedy służył w wojsku w NRD. W komunistycznych czasach jeździł ciężarówkami na dalekich trasach, nawet do radzieckiego Krasnodaru i Władykaukazu. Szesnaście lat temu kupił niebieskiego MAZ-a i od tego czasu świadczy “usługi wywrotką”. Codziennie stoi na błotnistym placu między blokami, niedaleko portu i wraz z kolegami z branży czeka, aż ktoś przyjdzie albo zadzwoni, że ma zlecenie. Tego dnia trzeba było przewieźć drewno na opał. Gocza narzekał, że w Gruzji jest 80% bezrobotnych, ale sam, choć ciężko pracuje formalnie też należy do tej grupy. Podobnie jak wszyscy handlarze na targu, panie chodzące z jedzeniem po ulicach, sprzedawcy lodów i wielu innych. Ja mam samochód, mogę jakoś pracować, ale jak sobie radzą ci ludzie bez pracy, to nie umiem sobie wyobrazić – mówił. My też nie mogliśmy sobie tego wyobrazić. 
 
Wieczorem, kiedy zachodziło już słońce, zabrał nas na plażę za miastem, na biesiadę. Mieliśmy wielkie, gorące chaczapuri, lemoniadę, piwo i wódkę w plastikowej butelce. Jedliśmy, piliśmy, pan wznosił toasty. Robiły wrażenie. Gruzińskie toasty przypominają trochę naszą modlitwę powszechną podczas mszy. Często są bardzo poetyckie, liryczne, brzmią jak sentencje wpisywane do pamiętników czy cytaty z wybitnej literatury, choć wygłaszają je nawet prości ludzie, po których nie spodziewalibyśmy się tak światłych myśli.
Wykąpaliśmy się w morzu, potem Gocza dał nam poprowadzić swojego MAZ-a po drodze przy plaży, wieczorem byliśmy w mieście, na placu niedaleko stacji kolejowej. Tam, siedząc na ławce, kontynuowaliśmy “biesiadę”. Ogórki, pomidory, ser, kiełbasa, piwo, wódka. Kupiliśmy bilety na nocny pociąg do Tbilisi, a panu robiło się wyraźnie smutno. Dla niego spotkanie z nami to było wydarzenie, a radość z tego, że mógł nas poznać i ugościć kończyła się. My ten dzień, zamiast spędzić na podróży i zwiedzaniu, w zasadzie straciliśmy, jeżdżąc wywrotką po brzydkim mieście. Ale nie żałowaliśmy. Wznieśliśmy ostatnie toasty, skończyliśmy ser i pomidory, poszliśmy na pociąg. Wskoczyliśmy do jadącego już wagonu, położyliśmy się na naszych miejscach w niemal pustym płackartnym. Momentalnie zasnęliśmy, a rano otaczał nas już gwar Tbilisi.
 
 
 
VI.
Gruzińska Droga Wojenna prowadzi z Tbilisi w Kaukaz, w stronę Kazbegi i dalej do przejścia granicznego z Rosją. Jej zbudowanie było wielkim osiągnięciem inżynieryjnym, wymagało ogromnych nakładów pracy. Najwyższy punkt to Przełęcz Krzyżowa, leżąca na wysokości 2347 m n.p.m. Dawniej ta trasa miała duże znaczenie, teraz zniszczonymi, dziurawymi serpentynami toczą się pod górę i w dół pojedyncze osobówki i ciężko dyszące kamazy z wielkimi przyczepami. Ich zmęczeni kierowcy, nie wiadomo w jaki sposób, dają sobie radę na drodze, która w zachodnioeuropejskich warunkach już dawno byłaby wyłączona z użytkowania.
 
Jechaliśmy już w dół, wracaliśmy ze schowanego we mgle Kazbegi. Mieliśmy przerwę w Kobi - położonej pośród gór wiosce. Droga, skrzyżowanie, kilka domów z odpadającym tynkiem, przystanek autobusowy, buda policjantów, mgła, szaro. Dojechaliśmy tam UAZ-em, kierowca zaprosił nas na szaszłyk do knajpy, która dawniej żyła z kierowców jeżdżących do Rosji. Teraz trzeba ją było specjalnie otwierać. Pani przygotowała mięso, herbaty już nie chciało się jej robić. 
 
Zjedliśmy, UAZ odjechał, a my stanęliśmy przy drodze, czekając na jakiś ruch samochodowy, żeby złapać kolejną okazję. Siąpiło, wiał wiatr, było zimno. Podszedł do nas facet, w kaloszach i skórzanej kurtce. Był pastuchem, a teraz po prostu spędzał popołudnie, stojąc przy drodze z kolegami i czekając na następny dzień. - Ja Ruskij, z Władykaukaza – mówił. Pracował już na Syberii, za Bajkałem, w Moskwie i gdzieś nad Morzem Białym, w wojsku służył koło Drezna, a teraz pasł krowy w Gruzji. Ani dla niego, ani dla jego gruzińskich kolegów konflikt między oboma państwami jakby nie istniał. Kilka razy mówił: “My z Kaukazu”, omijając podziały narodowościowe i polityczne... Cieszył się, że przyjechaliśmy, że pojawili się goście. Gawędziliśmy z nim, przerywając rozmowę, gdy co kilka minut zauważaliśmy nadjeżdżające auto i próbowaliśmy je zatrzymać. Podał nam swój adres, kazał dobrze schować i koniecznie go odwiedzić, jak będziemy we Władykaukazie. Przyjmie nas, przenocuje, pomoże nam – kilka razy to powtarzał. Bardzo chciał, żebyśmy tam rzeczywiście przyjechali. U nas, w Kaukazie mówią: dobry gość jest lepszy niż złoto – przypomniał sobie w pewnym momencie. To nie był frazes, tam ludzie naprawdę się cieszą, gdy spotkają na ulicy przyjezdnego. A jeszcze bardziej, gdy uda się mu jakoś pomóc, wziąć na nocleg do siebie lub chociaż zaprosić na piwo.
 
Zabrało nas z tej wsi małżeństwo, jadące czterośladowym Żiguli. Samochód skręcał trochę inaczej niż chciał kierowca. A noc spędziliśmy koło słynącej z drogich win Chwanczkary. Zaprosili nas tam dwaj biznesmeni, ściągający z Niemiec do Gruzji używane auta. Dla nich dobry gość też jest lepszy niż złoto.
 
 
 
VII.
Jechaliśmy z Kutaisi do Poti, nad morze. Kolejnymi żiguli przemieszczaliśmy się do kolejnych wsi i miasteczek. Z Samtredii zabrał nas starszy pan. Pytał skąd i po co jedziemy, był ciekawy. Podobało mu się, że podróżujemy tak daleko od naszego kraju i że się nam chce. - Bardzo dobrze, trzeba jeździć, patrzeć, notować, analizować – mówił. Dowiózł nas do Abaszy. To było kilkutysięczne miasteczko, brzydkie i niczym się nie wyróżniające. Prosta szosa przez środek, szerokie błotniste pobocze, betonowe bloki, betonowa stacja kolejowa, garaże, chodzące luzem krowy, śmieci. 
 
- Tu mieszkam, to dla mnie najlepsze miejsce na świecie – powiedział nagle z pełnym przekonaniem nasz kierowca. I nie byliśmy tym zdziwieni, bo już wcześniej zrozumieliśmy, że dla Gruzinów Gruzja jest najlepszym i najładniejszym miejscem na ziemi.
 
 
 
VIII.
W brzydkim, szarym, betonowym, brudnym, niszczejącym mieście portowym Poti poznaliśmy człowieka, który chyba jest współczesnym gruzińskim uosobieniem Dionizosa. Dionizos liczy około 60 lat, jest tęgi, ma siwe włosy i takie same wąsy, kontrastujące z czerwoną twarzą. Z wykształcenia jest inżynierem-mechanikiem. Stracił pracę w zawodzie i zajął się produkcją wina. Ma 2,5 hektara winnic niedaleko Kutaisi i rocznie produkuje około 4-5 ton trunków, które latem sprzedaje na targu w Poti. W hali targowej ma duży stół, na nim dwa wielkie baniaki z winem, wężyk i lejek do przelewania napoju, i wór plastikowych butelek. Widać po nim, że wino to jego pasja. Kiedy do niego przyszliśmy, nim zdążyliśmy o coś spytać dał nam po pełnej szklance czerwonego półsłodkiego do degustacji. Jak wypiliśmy, dostaliśmy po szklance białego do spróbowania. Z uśmiechem mówił, że to prawdziwy winogradnyj sok i że jego wino jest lepsze niż lekarstwa.
 
Dionizos wyróżniał się z otoczenia. Jego wizerunek, uśmiech, radość w oczach świetnie pasowały do tego straganu, do wina, którym handlował, ale kontrastowały z resztą otoczenia. Z brudnym, błotnistym targowiskiem, rozpadającymi się blokami, ulicami śmierdzącymi spalinami marszrutek.
 
Nalał nam wina do butelek, a na koniec jeszcze raz dał nam po szklance, żebyśmy wypili jego zdrowie. Czerwone półsłodkie było naprawdę dobre!
 
 
 
IX.
Z Gruzji do Rosji dopłynęliśmy statkiem, omijając Abchazję, do której wjeżdżać nie nada. Jednostka wielkością i standardem przypominała statki przewożące wycieczki po Zalewie Wiślanym albo po porcie w Gdyni. Z Poti wypłynęliśmy koło dwudziestej wieczorem, potem jakieś 12 godzin bujania, snu i oglądania wymiotujących współpasażerów, a rano byliśmy w Soczi. Padał deszcz, wiało, było chłodno. Każdy chciał pierwszy wyjść z kołyszącej się ciągle łódki i jak najszybciej przejść odprawę graniczną, a na brzeg podróżnych wypuszczano po 10 osób. Przy trapie utworzyła się więc kolejka-tłum. W pewnym momencie ludzie przepuścili starszą kobietę, której wnuczka poczuła się źle i musiała już zejść na ląd. Mężczyźni pomogli jej wynieść na nabrzeże trzy ciężkie torby, ale dalej nie mogli z nią pójść. Kobieta najpierw odprowadziła wnuczkę do budynku, potem w deszczu trzy razy biegała po bagaż, który ledwo mogła unieść. Patrzyło na to kilku pracowników terminalu, odbierających bagaż przy specjalnym okienku. Żaden nie próbował jej pomóc.
 
 
 
X.
Na Ukrainę dostaliśmy się przez Cieśninę Kerczeńską, promem pływającym z rosyjskiego Port Kawkaz. Jechaliśmy główną trasą w głąb Krymu. Prosta droga wiedzie tam przez pofalowane powierzchnie stepów. Przez większość czasu wokół jest pustka, ale jednak urozmaicona. Mieliśmy przerwę przy większym skrzyżowaniu. Poszliśmy na jedzenie do stojącej tam przydrożnej knajpy. Była tam jakaś “impreza zamknięta”, sami faceci i dużo flaszek, posadzili więc nas w ogrodzie, na charakterystycznym tatarskim podeście ze stolikiem.

Jak zjedliśmy, przyszedł do nas z wódką właściciel knajpy, mniej więcej 50-letni Tatar. Urodził się w Samarkandzie, tam się wychował i spędził większość życia. Po drugiej wojnie światowej władze radzieckie deportowały Tatarów Krymskich do Uzbekistanu i taki los spotkał jego rodziców. W latach '90, kiedy już było można, podobnie jak tysiące jego rodaków, “wrócił” na Krym ze swoją rodziną. Kupił ziemię, zbudował dom przy skrzyżowaniu, otworzył restaurację i podaje tradycyjne tatarskie dania. Jego syn skończył prawo, córka jest studentką medycyny, a on sam właśnie świętował urodziny kolegi.
 
 
 
XI.
Mieliśmy jakieś dwie godziny do pociągu na dworcu w Symferopolu. Siedzieliśmy przed jakąś knajpą, piliśmy piwo, herbatę, kawę i czekaliśmy. Przysiadł się do nas facet, w dżinsach, koszuli, swetrze. Miał już trochę wypite. Zamówił sobie szklankę wódki i jakieś ciastko z kremem, potem pił wódkę łyczkami, pytał o naszą podróż i opowiadał o sobie.
 
Mówił, że jest Rosjaninem, pochodzi z Moskwy. Dawniej pracował przy budowie elektrowni atomowych. Teraz już nowych nie budują, więc znalazł zatrudnienie w Symferopolu, w jakiejś elektrociepłowni. Właśnie wracał z pracy, czekał na pociąg do domu. Tłumaczył mi, że Polska powinna zainwestować w energię atomową. Był oburzony na Juszczenkę i jego prozachodnią politykę. - Tak nie może być, żeby słowiański kraj wchodził w sojusze z Zachodem - mówił. - Ukraina powinna trzymać z Rosją. Poza tym ta ekipa kradnie. Poprzednia też kradła, oni wszyscy kradną. 
- Dawniej było lepiej – skwitował, dopił wódkę i poszedł na swój pociąg.
 
 
 
Alicja i Jędrzej Łukowscy (lipiec 2006 r.)
© Szerokie Tory 2013 | All Rights Reserved
Designed & Developed insidedreams